"Milanoir" - recenzja gry [Nintendo Switch]

Pixelartowa opowieść o włoskiej zemście, której trochę brakuje do bycia dobrą grą.

04-07-18 10:50

W materiałach prasowych o Milanoir możemy przeczytać, że to tytuł pełen zemsty, krwi i pościgów, inspirowany włoskimi filmami akcji lat siedemdziesiątych. Cóż, nie jestem koneserem włoskiej kinematografii, a tym bardziej tej sprzed prawie pół wieku, więc ciężko mi ocenić prawdziwość tego zdania. Choć biorąc pod uwagę fakt, że za stworzenie gry odpowiedzialni są Włosi, to myślę że można im zaufać.

Historia, jak to bywa w takich filmach akcji, jest prosta jak budowa cepa. Piero, cyngiel mafii, postanawia dokonać zemsty na osobach, które wsadziły go za kratki, a potem jeszcze próbowały zabić. Jest brutalnie, krwawo i wulgarnie (słówko fuck pada tu często i jest odmieniane przez chyba wszystkie możliwe przypadki). No ale to w końcu gra o zemście, z dużą czerwoną osiemnastką w oznaczeniu kategorii wiekowej, więc czego innego mielibyśmy się tu spodziewać?

Milanoir od pierwszych chwil urzeka klimatem, które budowane jest przez grafikę i oprawę dźwiękową. Gra prezentuje się w bardzo miłym dla oka pixelarcie z okresu konsol 16-bitowych. Skojarzenia z grami ze SNES-a są tu jak najbardziej poprawne. Wszystko jest ładnie narysowane i zanimowane. Aż się prosi, by można było wchodzić w interakcję z otoczeniem. Niestety, jedyne co możemy robić to strzelać do przeciwników - głównie bezpośrednio do nich, choć czasami możemy jeszcze wykorzystać do tego znaki drogowe.

Dodatkowo zastosowano efekty charakterystycznych dla taśmy filmowej. Na początku niektórych cutscenek widzimy przesuwający się film, a kiedy nasz bohater obrywa obraz zachowuje się tak, jakby właśnie taśma filmowa ulegała spaleniu. Niby drobnostki, ale takie smaczki dodatkowo budują klimat gry i nadają jej "filmowości".

Tak jak i muzyka, która przygrywa mam podczas gry. Idealnie pasuje do tego, co widzimy na ekranie i nie męczy uszu nawet przy dłuższej rozgrywce.

Niestety, w tej beczułce miodu znalazło się sporo dziegciu, który znacząco wpływa na moją ostateczną ocenę gry. Głównymi grzechami Milanoir są sterowanie i mechanika gry.

Do sterowania Piero używany obydwu analogów (lewym poruszamy postacią, a prawym celujemy) i czterech przycisków (strzelanie, przeładowanie broni, duszenie i chowanie się za przeszkodą). Niby niewiele i nic tu nie powinno sprawiać trudności. Jednak mimo to mam wrażenie, że całość nie działa jak należy - w szczególności w kwestii celowania. Mimo, iż w opcjach można włączyć dodatkowe wspomaganie celowania, to i tak są z tym problemy. Daje się to we znaki w szczególności w szybkich fragmentach gry, takich jak pościgi. Wygląda to tak, jakby ten element rozgrywki był stworzony przede wszystkim z myślą o sterowaniu za pomocą klawiatury i myszki, a nie padem. Granie na Joy-Conach było czasami średnio wygodne. Przesiadka na pada SF30 Pro trochę poprawiło komfort gry, jednak to nadal nie było to.

Zapewne te problemy ze sterowaniem pociągnęły za sobą moje wrażenie co do tego, że gra ma miejscami kiepsko wyważony poziom trudności. O ile np. pierwsze starcie z Africaną nie było problematyczne (jak się już znalazło na nią sposób), o tyle późniejszy etap z pościgiem napsuł mi tylko krwi.

Niektóre fragmenty gry trzeba powtarzać kilkanaście razy, by w końcu udało się przejść dalej. I to w głównej mierze będzie zasługą naszego szczęścia, a nie umiejętności. To nie Hotline Miami, gdzie nasze porażki, wynikające z popełnianych przez nas nawet najdrobniejszych błędów, pchały nas dalej, motywowały do dalszej gry. W Milanoir tego zabrakło. Zamiast tego jest narastające poczucie frustracji, które odbiera radość z gry.

No i jeszcze ten nieszczęsny system zapisu gry. Nie zawsze człowiek ma czas na granie. Czasami wpadnie pod koniec dnia te 20-30 minut, które można wykorzystać na krótką sesję z konsolą. Siadam do gry i powoli zaliczam kolejne lokacje. Dochodzę w końcu do walki z bossem. Pierwsza próba, druga, piąta. Co tu dużo mówić - nie idzie mi tak, jak bym chciał. Ostatecznie odpuszczam sobie myśląc, że następnego dnia spróbuję ponownie, zaczynając od razu od potyczki z bossem. Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie po włączeniu gry następnego wieczoru, kiedy okazało się, że musiałem przechodzić cały rozdział od samego początku. Nie powiem, rzuciłem kilka przekleństw pod nosem.

To właśnie te elementy sprawiły, że ostatecznie nie ukończyłem tego tytułu. Ładna grafika i fajny klimat gry nie wystarczyły, by zatrzymać mnie na dłużej przy Milanoir. Może kiedyś jeszcze wrócę do niej, ale na razie mówię pass.

Milanoir zapowiadał się na ciekawy tytuł. Niestety, popsuta mechanika i problemy ze sterowaniem powodują, że w pewnym momencie odechciewa się grać. Jeżeli ktoś ma wystarczająco dużo samozaparcia i cierpliwości, to może spróbować zmierzyć się z tym tytułem. Pozostali powinni się zastanowić czy mają ochotę na grę, podczas której poziom frustracji może osiągnąć niebezpiecznie wysoki poziom.

Wersja TL;DR

Na plus:

  • pixelartowa grafika
  • muzyka
  • klimat

Na minus:

  • sterowanie
  • źle wyważony poziom trudności
  • zapisywanie stanu gry
  • frustrujące fragmenty gry

Werdykt: Milanoir mógłby być dobrym tytułem, gdyby deweloper popracował nad kilkoma ważnymi składowymi gry. Pozycja raczej dla osób, które są cieprliwe i mają wystarczająco dużo samozaparcia.

Deweloper: Italo Games
Wydawca: Good Shepherd Entertainment
Data wydania: 31 maja 2018
Waga: 978 MB
Cena: 52,00 PLN

Dziękuję Cosmocover za udostępnienie gry do recenzji.

Tagi: gry nintendo switch indyk recenzja

Przeczytaj również:




Blog Comments powered by Disqus.