"Dandara" - recenzja gry [Nintendo Switch]

Brazylijska metroidvania od Long Hat House to nie mała perełka, a prawdziwy klejnot wśród gier niezależnych dostępnych na Nintendo Switch.

09-02-18 13:45

Świat Salt stoi na progu zagłady, kiedy to siły zła napadły na ludność zamieszkującą niegdyś spokojne krainy. Kiedyś wolni i szczęśliwi, teraz są uwięzieni i uciskani. Żyją w strachu, bez widoków na lepszą przyszłość. I wtedy rodzi się istota zwana Dandarą - ostatnia nadzieja mieszkańców tego świata. Bohaterka, której jedynym celem jest wyzwolenie swojego ludu.

Taka jest historia gry Dandara, stworzonej przez brazylijskie studio Long Hat House. Ta niezależna gra należy do gatunku metroidvanii. Oznacza to, że przyjdzie nam zmierzyć rozległy świat, walczyć z różnymi przeciwnikami i rozwiązywać proste zagadki. Jedyna różnica w porównaniu do innych gier z tego gatunku to fakt, w jaki sposób główna bohaterka się porusza. Nie chodzimy nią, ale... skaczemy od podłoża do podłoża. Specjalnie użyłem takiego określenia, ponieważ w świecie Salt pojęcie podłogi, sufitu czy ściany jest abstrakcyjne. Tam grawitacja dla naszej bohaterki nie istnieje - po prostu przeskakuje ona z miejsca na miejsce. Dodatkowo gracz może mieć początkowo problem z orientacją w przestrzeni, ponieważ często kamera obraca się o 90 czy 180 stopni. We wczesnym etapie gry może to nastręczać pewne problemy, ale z czasem idzie się do tego przyzwyczaić i łatwiej jest odnaleźć się na mapie.

Warto jeszcze zrobić małe wtrącenie. Źródłem inspiracji dla głównej bohaterki gry była postać historyczna - Dandara dos Palmares, afro-brazylijska bojowniczka o wolność żyjąca w XVII wieku. Razem ze swoim mężem Zumbi dos Palmares chroniła niewolników, którzy znaleźli schronienie w Quilombo dos Palmares, osadzie wyzwolonych Afro-Brazylijczyków. W samej grze jest też kilka nawiązań do lokalnej kultury brazylijskiej (tej dawnej, jak i współczesnej), jak graffiti przedstawiające maślaną babeczkę widoczne w Wiosce Artystów (takie malunki można zobaczyć na ulicach Belo Horizonte) czy postać growej Tarsily inspirowanej modernistycznym obrazem Abaporu autorstwa Tarsily do Amaral.

Muszę przyznać, że Dandara urzekła mnie od pierwszych chwil. Piękna pixel artowa grafika, ambientowa muzyka i pomysłowa mechanika pokazują, że twórcy podczas dwóch lat dewelopmentu włożyli w grę mnóstwo pracy i serca.

Grafika, wzorowana na 16-bitowe platformówki, pełna jest detali. Tła cieszą oko, a animacje postaci są szczegółowe i pięknie zrobione (ach, ten szal głównej bohaterki powiewający na wietrze czy efekty świetlne). Często łapałem się na tym, że w chwili spokoju zatrzymywałem się i podziwiałem grafikę. Również udźwiękowienie gry stoi na wysokim poziomie. Muzyka jest bardzo klimatyczna i nadaje lekko oniryczną atmosferę. Oprawa audiowizualna świetnie ze sobą współgra i tworzy niesamowitą całość.

Sterowanie główną bohaterką może odbywać się na dwa sposoby - albo poprzez joy-cony/pro-controllera, albo w sposób dotykowy (jeżeli gramy w trybie handheldowym). Muszę przyznać, że dotykowe sterowanie jest dobrze rozwiązane (prawym kciukiem wskazujemy gdzie Dandara ma skakać, a lewym gdzie strzelać), jednak osobiście preferują sterowanie klasyczne, na padzie. A to jest bardzo wygodne. Po kilkunastu minutach gry, kiedy przyzwyczaimy się do sposobu poruszania głównej bohaterki, zaczynamy nią śmigać po planszy bez najmniejszego problemu.

Sama rozgrywka jest bardzo przyjemna, a eksploracja terenu i walka z przeciwnikami to czysta przyjemność. Jedynie bossowie mogą nam popsuć tę radość, gdyż walka z nimi jest wymagająca i nie wybacza jakichkolwiek błędów. Jednak porażki nie frustrują tak, jak ma to czasami miejsce w innych grach. Wprost przeciwnie - motywują do podejmowania kolejnych prób, by w końcu pokonać wroga w pięknym stylu. A to istotne w przypadku takiej gry jak Dandara.

Warto tu jeszcze wspomnieć, że gra wykorzystuje switchowego HD Rumble w bardzo fajny sposób. Oddanie strzału, przyjęcie obrażenia przez główną bohaterkę, zebranie soli ("waluta", dzięki której ulepszamy naszą bohaterkę) czy przejście przez drzwi powodują wibracje joy-conów. Każda z tych wibracji jest inna i po kilku minutach, nie patrząc na ekran, jesteśmy w stanie rozpoznać co też się dzieje w grze. Bardzo fajnie to wszystko zostało zaprogramowane i jest fajnym ficzerem.

Jeżeli mam być szczery, to bardzo ciężko mi jest znaleźć jakiś minus w tej grze. Naprawdę. Jedyne może czego mi brakuje, to możliwość nagrywania krótkich filmików z rozgrywki (funkcja ta możliwa jest np. w najnowszej Zeldzie czy Mario Kart 8 Deluxe). Ale to taki minus wymyślony na siłę.

Czas podsumować Dandarę. Ta niezależna produkcja Brazylijczyków pokazuje, że do każdego gatunku gry można dodać coś, co sprawi że gra będzie świeża, interesująca i wciągająca. Tutaj wszystko ze sobą świetnie współgra i powoduje, że nie prędko zapomina się o tym tytule. Jeżeli zastanawiacie się w jaką switchową grę warto zainwestować 60 złotych, ja ze swojej strony mogę śmiało polecić Dandarę. Wspomnę jeszcze może tylko, że tytuł ten dostępny jest również na pozostałe platformy - począwszy od Steama, poprzez PS4 i XBox One, a kończąc na Androidzie i iOS.

Wersja TL;DR

Na plus:

  • piękna pixel artowa grafika
  • klimatyczna ambientowa muzyka
  • mechanika gry
  • wciągająca rozgrywka

Na minus:

  • brak

Ani ziębi, ani parzy:

  • brak

Werdykt: Według mnie najlepszy indyk ostatnich miesięcy

Deweloper: Long Hat House
Wydawca: Raw Fury
Data wydania: 6 lutego 2018
Waga: 956 MB
Cena: 60 PLN

Dziękuję Raw Fury za udostępnienie gry do recenzji.

Tagi: gry nintendo switch indyk recenzja

Przeczytaj również:




Blog Comments powered by Disqus.